O Janie Pawle II dla dzieci... - cz.I


Coś dla dzieci...


Joanna Krzyżanek

"Jan Paweł II
czyli
jak Karolek został papieżem"


Tekst: Joanna Krzyżanek
Ilustracje: Marcin Ciseł

Redakcja: Marta Żurawiecka
Skład i opracowanie graficzne: Dariusz Krajewski
Korekta: Jadwiga Borowska SNMPN

Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz, 2005

ISBN 83-7300-432-7

Druk: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu
27-600 Sandomierz, ul. Żeromskiego 4, tel. (015) 832 31 92
fax (015) 832 77 87, e-mial: redakcja@wds.pl, www.wds.pl




Opowiem wam dzisiaj niesamowitą historię



Wszystko zaczęło się wiosną 1920 roku. W polskim miasteczku o nazwie Wadowice, przez które przepływa rzeka Skawa, mieszkali państwo Wojtyłowie. Mieli małe mieszkanko w domu przy ulicy Rynkowej 2. Składało się ono z dwóch pokoi i kuchni. Zawsze było w nim miło, czysto i przytulnie. Mama, pani Emilia, zajmowała się domem, a także szyła sukienki, spodnie i koszule dla przyjaciół oraz sąsiadów. Tata, pan Karol, zawodowy żołnierz, pracował w Powiatowej Komendzie Uzupełnień. Ich syn, Edmund, był uczniem gimnazjum.


O tym, jak w małym mieszkanku urodził się chłopczyk


Tego dnia od samego rana działy się różne dziwne rzeczy. Wyjątkowo pięknie pachniały bzy, koty - zamiast wylegiwać się na słońcu - maszerowały wokół domu, wszystkie wadowickie wróble siedziały na parapetach i cichutko ćwierkały. Edmund podczas lekcji nie mógł myśleć o matematycznych słupkach i wierszach, tylko wciąż wyglądał przez okno i dumał o mamie, a pan Karol nie poszedł do pracy, Jedynie pani Emilia była spokojna. Siedziała w dużym, rudym fotelu i czytała książkę.
Kiedy Edmund wrócił ze szkoły cała rodzina usiadła przy stole, odmówiła modlitwę i zjadła obiad. Po obiedzie mama spojrzała na tatę, tajemniczo się uśmiechnęła i zapytała:
- Karolu, czy mógłbyś pójść do pana doktora i poprosić go, aby szybko do nas przyszedł?
Pan Karol zazwyczaj z niezwykłą starannością zakładał swoje palto i zapinał wszystkie guziki. Tym razem jednak wybiegł z domu tak szybko, że w ogóle zapomniał o okryciu. Po kilkunastu minutach doktor przybył do pokoju pani Emilii. Pan Karol i Edmund czekali w drugim pokoju. Przez kilka godzin w całym domu było cicho jak makiem zasiał. Nagle ciszę tę przerwał głośny płacz. Pan Karol i Edmund podbiegli do drzwi. Po chwili z pokoju mamy wyszedł doktor i powiedział: - Pani Emilia i mały chłopiec czują się dobrze.

- Mam drugiego syna! - wykrzyknął pan Karol.
- Mam pierwszego brata! - ucieszył się Edmund i obydwaj pobiegli zobaczyć malca oraz jego mamę.

Wieczorem, kiedy całe Wadowice już spały, rodzina dziękowała Panu Bogu za szczęśliwe narodziny Karolka, bo tak właśnie dano na imię chłopcu.
Kiedy maluch miał zaledwie trzydzieści cztery dni, rodzice zanieśli go do drewnianego kościoła, który znajdował się tuż obok ich domu. Czekali tam już na nich ksiądz i rodzice chrzestni Karolka: Maria Wiadrowska oraz Józef Kuczmierczyk. Ksiądz zapytał rodziców, jakie imię wybrali dla chłopca. Potem polał jego główkę wodą chrzcielną i wypowiedział bardzo ważne słowa:
"Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen."
Po ceremonii otworzył wielką księgę chrztów i w rubryce oznaczonej numerem 671 napisał: Karol Józef Wojtyła.


O tym, jak Karolek zadawał mnóstwo pytań


Karolek, jak wszystkie dzieci na świecie rósł, bawił się i psocił. Był coraz większy i silniejszy, potrafił zrobić coraz więcej rzeczy i wypowiadał coraz więcej słów. Od mamy uczył się miłości, dobroci i wrażliwości, od ojca - porządku, sumienności i dyscypliny. Kiedy zaczął mówić, każdemu napotkanemu człowiekowi zadawał mnóstwo pytań. Sąsiada pytał:

- Kto jest najwyższy na świecie?
- Dlaczego koty nie latają?
- Co to jest młotek?
- Gdzie mieszkają myszy?

Sąsiadkę:

- Czy anioły mają skrzydła?
- Czy Pan Bóg mnie kocha nawet wtedy, kiedy psocę?
- Dlaczego cukier jest słodki?
- Czy wszystkie kwiaty pachną?

Pana listonosza:

- Dlaczego ma pan taką dużą torbę?
- Co to jest znaczek?
- Kto jest najważniejszy na świecie?
- Czy Pan Jezus wchodził na drzewa?

Mamę:

- Czy każdy człowiek ma swojego Anioła Stróża?
- Dlaczego biedronka ma kropki?
- Czy Pan Bóg ma wąsy?
- Co to znaczy być dobrym?

Tatę:
- Dlaczego piłka nie chodzi?
- Co robią krasnoludki?
- Dlaczego motyle latają?
- Ile lat ma Pan Bóg?

Księdza:

- Co oznacza słowo "amen"?
- Gdzie mieszka Pan Bóg?
- Czy Maryja była kiedyś dziewczynką?
- Dlaczego Jezus urodził się w szopie?

Nie myślcie jednak, że Karol cały czas tylko zadawał pytania. Bardzo lubił bawić się z innymi dziećmi. Godzinami słuchał opowieści mamy o kwiatach, dobrych ludziach, ciekawych wydarzeniach i Panu Bogu. To właśnie pani Emilia nauczyła swojego synka pierwszych modlitw.
Chłopiec codziennie z niecierpliwością czekał na powrót taty z pracy. Wtedy pokój zamieniał się w piłkarskie boisko, pan Karol – w zawodnika przeciwnej drużyny, a miękka, gałgankowa piłeczka – w piłkę nożną. A wieczorem, kiedy na dworze robiło się ciemno, Karolek klękał przy łóżku, dziękował Panu Bogu za szczęśliwy dzień i prosił Go o szczęśliwą noc. Potem zakopywał się w pościeli i zasypiał. Kiedy był już w krainie snów, mama cichutko szeptała do taty:
- Myślę, że nasz synek będzie wielkim człowiekiem.

Gdy Karol miał kilka lat, po raz pierwszy poszedł z mamą do przedszkola sióstr nazaretanek.

Podobno kiedyś pani Emilia powiedziała do sąsiadki:
- Marzę o tym, aby mój starszy syn został lekarzem, a młodszy księdzem.


O tym, jak bramkarz strzelił gola


Kiedy Karol skończył sześć lat, poszedł do szkoły mieszczącej się niedaleko jego domu. Już od pierwszego dnia bardzo dobrze się uczył, był obowiązkowy i sumienny. Chętnie pomagał kolegom i koleżankom. Wszystko go ciekawiło, chciał się jak najwięcej nauczyć, jak najwięcej dowiedzieć o świecie, książkach, sławnych ludziach, zwierzętach, roślinach. Zawsze z niezwykłą starannością odrabiał prace domowe. I choć dużo czasu poświęcał na naukę, tak jak wszystkie dzieci na świecie bardzo lubił się bawić.
Jesienią, kiedy padał deszcz, grał w ping-ponga, czytał książki i bawił się z córką sąsiadów, Ginką. Wspólnie bawili się w teatr: najpierw wymyślali bohaterów, potem pisali dialogi, a na końcu zamieniali się w aktorów. Zimą, kiedy na drzewach pojawiały się śniegowe czapy, jeździł na sankach, łyżwach i nartach. Wiosną, kiedy wszystko rozkwitało i z godziny na godzinę robiło się coraz cieplej, bawił się w ogrodzie, biegał po łące. A latem, gdy świeciło słońce, Karol dokazywał na podwórku, pływał w rzece i grał w piłkę z kolegami. Był najlepszym piłkarzem na całym podwórku. Grał w ataku i obronie. Często stał też na bramce. Innym zawodnikom trudno było wtedy strzelić gola.

Pewnego dnia chłopcy z sąsiedztwa spotkali się na podwórku. Wybrali spośród siebie dwóch kapitanów, którzy w ciągu kilku minut skompletowali swoje drużyny. Karol stanął na bramce. Sędzia zagwizdał na palcach, na znak rozpoczęcia meczu. Walka była zacięta. Po kilkunastu minutach drużyna, w której grał Karol, wygrywała już 2:0. Choć piła wiele razy leciała w stronę bramki Karola, on ani razu jej tam nie wpuścił. Bronił bramki tak, jak rycerz broni wejścia do zamku, w którym mieszka księżniczka. Kiedy do końca meczu zostało zaledwie pięć minut, jeden z piłkarzy tak mocno kopnął piłkę w kierunku bramki, że Karol musiał podskoczyć i kopnąć ją jeszcze mocniej. Piłka z niesamowitą szybkością leciała, leciała i leciała. Wydawało się, jakby chciała dolecieć do chmur. Ale nagle skręciła, wybiła w oknie kościoła szybę i wpadła do środka. Mecz skończył się przed planowanym czasem. Na boisku zapanowała cisza. Piłkarze zamienili się w kamienne posągi. Dopiero po chwili pobiegli do księdza.
Po południu, kiedy w kościelnym oknie była już nowa szyba, piłkarze i ksiądz zastanawiali się, czy uznać tę bramkę strzeloną przez Karola, czy też nie.


O tym, jak Karol po raz ostatni pocałował mamę


Karol skończył dziewięć lat. Od kilku miesięcy przygotowywał się do Pierwszej Komunii Świętej. Codziennie wstawał bardzo wcześnie, aby o 6.00 być już w kościele na Mszy świętej. Po nabożeństwie klękał przed obrazem Matki Boskiej i modlił się. Potem szedł do szkoły. Wieczorem, kiedy leżał w łóżku, siadała obok niego mama i opowiadała mu o Panu Bogu. I tak było każdego dnia.
Wszystko jednak zmieniło się pewnego kwietniowego poranka. Karol wstał, zjadł śniadanie, pocałował mamę w policzek i poszedł do kościoła, a potem do szkoły. Kiedy pisał zdania w zeszycie i słuchał tego, co mówił nauczyciel, jego mama bardzo źle się poczuła. Wezwano lekarza, który zabrał ją do szpitala. Pomimo wysiłków lekarzy pani Emilia z minuty na minutę czuła się coraz gorzej. Po południu Pan Bóg zabrał ją do siebie. Chłopiec dowiedział się o śmierci mamy dopiero wtedy, kiedy wrócił ze szkoły. Nie mógł uwierzyć. Jak to? Nie będzie mógł już przytulić się do niej, nie zobaczy jej wesołych oczu, nie posłucha jej opowieści przed snem? Śmierć pani Emilii była strasznym ciosem dla całej rodziny.

Po kilku dniach odbył się pogrzeb. Dzień później pan Karol, Edmund i Karolek udali się do sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej, aby tam się modlić za duszę mamy.


O tym, jak Karol po raz pierwszy przyjął do serca Pana Jezusa


Pewnego majowego popołudnia Karol uklęknął przy swoim łóżku i zaczął modlić się do Ducha Świętego. Prosił Go o pomoc w przypomnieniu sobie grzechów, jakimi zasmucił Pana Boga. Potem żałował każdego złego uczynku – wszystkich po kolei. Tych dużych, i średnich, i tych całkiem malutkich. Kiedy skończył, wstał, założył zielony sweter i pobiegł do kościoła. Zatrzymał się jednak na jego schodach. Serce biło mu mocno, a ręce leciutko drżały. – Co się ze mną dzieje? – mruknął cicho do siebie. – Czy ja się boję? Rzeczywiście tak było. Właściwie wszyscy ludzie na świecie trochę boją się spowiedzi. Przecież nie jest łatwo przyznać się do swoich grzechów. Na szczęścia Karol przypomniał sobie, o czym mówił ksiądz podczas lekcji religii. Spowiedź to wyznanie grzechów przed kapłanem. Przez niego Jezus Chrystus odpuszcza człowiekowi grzechy i jedna go z Panem Bogiem. Chłopiec nacisnął więc duża klamkę i wszedł do kościoła. Usiadł w drugiej ławce, pomodlił się, a po kilku minutach podszedł do konfesjonału. Tam czekał na niego ksiądz. Karol przywitał się z nim, a potem wyznał wszystkie swoje grzechy. Kiedy wyszedł z kościoła czuł się leciutki i bardzo szczęśliwy. Wydawało mu się, że świat zamienił się w wielką łąkę, a jemu wyrosły skrzydła, dzięki którym mógł latać nad tą łąką i podziwiać kolorowe kwiaty, motyle i biedronki.

Następnego dnia Karol przyszedł do kościoła ze swoim ojcem i bratem, innymi dziećmi oraz ich rodzinami. Podczas uroczystej Mszy Świętej wszyscy śpiewali i modlili się. W pewnym momencie ksiądz wziął kielich i wypowiedział słowa upamiętniające Ostatnią Wieczerzę: „W dzień przed męką Jezus wziął chleb i odmówiwszy dziękczynienie, łamał go i rozdawał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie o jedzcie z tego wszyscy: to jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane.

Podobnie po wieczerzy wziął kielich i podał go swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: to jest kielich Krwi mojej Nowego i Wiecznego Przymierz, która za was będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moja pamiątkę.”

Potem dzieci podchodziły kolejno do księdza, który każdemu z nich podawał ze złotego kielicha Hostię. W ten sposób do wszystkich dzieci pod postacią białego opłatka przyszedł Pan Jezus. Od tej chwili mogły one w pełni uczestniczyć we Mszy Świętej. To był niezwykły dzień.

Karol jednocześnie bardzo się cieszył i bardzo smucił. Radował się z przyjęcia do serca Pana Jezusa, smucił się ponieważ w tym dniu wyjątkowo brakowało mu mamy. Tęsknił za nią rano, w południe, po południu, wieczorem i w nocy.


O tym, jak starszy brat niósł młodszego


Każdego wieczoru tata i Karol wspominali mamę. Jej ciepły uśmiech, aksamitny głos, piękne oczy. Nucili piosenki, które śpiewała Karolowi na dobranoc, przypominali sobie jej wieczorne opowieśi. Oblizywali się, gdy rozmawiali o pierogach, marchewkowym placku, ziołowej herbacie i innych przygotowywanych przez nią smakołykach. Zastanawiali się, co powiedziałaby Karolowi, kiedy chłopiec po raz pierwszy przystępował do Komunii Świętej, i Edmundowi, gdy zostawał lekarzem.
Bardzo za nią tęsknili. Tęsknili też za Edmundem, który przyjeżdżał tylko na wakacje i święta.

Kiedyś pan Karol odwiedził Edmunda w szpitalu, w którym syn opiekował się chorymi ludźmi. W pewnej chwili podeszła do niego starsza pani i powiedziała: - Pana syn jest wyjątkowym lekarzem. Leczy nas, podaje tabletki, syropy. Potrafi nas rozśmieszyć, opowiada nam wesołe historie. Poświęca nam każdą wolną chwilę. Jest naszym prawdziwym przyjacielem. – Usłyszawszy te słowa, pan Karol poczuł się bardzo dumny ze swego syna.

Minęły trzy lata. Nadeszła zima. Świat przykryła śniegowa pierzyna. Karol już od początku grudnia nie mógł doczekać się świąt Bożego Narodzenia. Wiedział przecież, żę wtedy przyjedzie do domu jego ukochany brat. Codziennie pytał tatę:
- Tato, kiedy przyjedzie Edmund?

Pewnego dnia, kiedy zadawał to pytanie, ktoś zapukał do drzwi.
- Witam, panie Karolu! – powiedział listonosz, kiedy pan Karol otworzył mu drzwi. – Mam dla pana telegram.
Niestety, nie było w nich dobrych wiadomości. Okazało się, że Edmund ciężko się rozchorował. Zaraził się szkarlatyną od jednej ze swoich pacjentek. Pan Karol usiadł na krześle, przytulił Karola, rozpłakał się i powiedział: - Edmund nie przyjedzie na święta. Jest bardzo chory
Wiadomość ta bardzo ich zmartwiła.
Stan zdrowia Edmunda z dnia na dzień się pogarszał, Edmund zmarł.

To były smutne święta. Padał śnieg, rozbrzmiewały kolędy, a pan Karol i Karolek siedzieli w domu i wspominali dwie najukochańsze osoby, które ich opuściły. Musieli radzić sobie sami.
Wieczorem, kiedy Wadowice otuliła cisza, Karolek powiedział do taty:
- Tato, nie martw się. Edmund i mama patrzą teraz na nas i uśmiechają się. Będzie im smutno, kiedy zobaczą, że my płaczemy. Kiedyś przecież spotkamy się z nimi w niebie.

Nieszczęścia, które dotknęły mieszkańców domu przy ulicy Rynkowej 2, doprowadziły do choroby pana Wojtyły. Tata Karola przestał pracować zawodowo. Wkrótce otrzymał rentę i zajął się domem. Karolek chodził do szkoły i pomagał mu w domowych obowiązkach: robił zakupy, prał, sprzątał. Niestety, pan Karol nie był najlepszym domowym kucharzem, dlatego obiady jadali w jadłodajni Alojzego Banasia, słynącej z przepysznych pierogów.


O tym, jak Karol poznał księdza Figlewicza


Karol miał już 10 lat. Ukończył szkołę podstawową, zdał pomyślnie egzaminy i dostał się do gimnazjum. Rozpoczął się rok szkolny. Właśnie dobiegała końca pierwsza lekcja matematyki. Wszyscy wylegli na podwórko, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Kiedy dzwonek oznajmił początek następnej lekcji, wrócili do Sali. Ale co to? W klasie już ktoś był. Tuż obok czarnej jak smoła tablicy stał uśmiechnięty ksiądz.
Kiedy zobaczył wpatrującą się w niego gromadkę, uśmiechnął się i powiedział: - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Nazywam się Kazimierz Figlewicz. Chociaż moje nazwisko sugeruje, że powinienem przez cały czas płatać figle, ja będę starał się robić to bardzo rzadko. Chcę przez cały czas opowiadać wam o Panu Bogu. Potem zamyślił się, zmarszczył brwi i zaczął mówić. Opowiadał, opowiadał, opowiadał, a gimnazjaliści słuchali z rozdziawionymi buziami. Wszystko, o czy mówił ksiądz, było bardzo ciekawe. Chłopcy tak się zasłuchali, że nie usłyszeli nawet dzwonka. Nie zauważyli też stojącej już od kilku minut w drzwiach Sali pani od geografii z wielką mapą Polski.
I gdyby nie pani woźna, która przyniosła dwa kawałki kredy i zapytała:
- Dlaczego nie jesteście jeszcze na podwórku? Przecież za chwilę skończy się przerwa.
Jeszcze bardzo, bardzo długo wszyscy siedzieliby w Sali i słuchali niesamowitych opowieści księdza Figlewicza.

Od tego dnia chłopcy, wśród których też był Karol, często spotykali się z księdzem. Słuchali jego opowieści, mówili mu o swoich troskach i radościach, pomagali w kościele. Wkrótce zostali ministrantami – dostali komże i mogli służyć do Mszy świętej.

Niestety, pewnego dnia Karol i inne dzieci najpierw się zdziwiły, a potem zasmuciły. Dowiedziały się bowiem, że ich ulubiony ksiądz został przeniesiony do Krakowa.
- To niemożliwe! My tak nie chcemy! – wołali jeden przez drugiego. Niczego jednak nie mogli zmienić.
Postanowili więc przygotować dla księdza wyjątkowe pożegnanie. Spotkali się późnym popołudniem, aby wszystko uzgodnić. Karolowi przydzielono zadanie napisania pożegnalnego tekstu. Na początku wydawało mu się to czymś bardzo prostym. Wiedział, za co chłopcy chcieli podziękować księdzu Figlewiczowi i czego zamierzali mu życzyć. Ale gdy pisał kolejne litery, łzy napływały mu do oczu, spadały na kartkę i rozpuszczały atramentowe wyrazy.

Kiedy nadszedł dzień pożegnania, najpierw były wspomnienia, potem długie rozmowy, a na końcu Karol w imieniu wszystkich przyjaciół księdza wygłosił mowę pożegnalną. Po policzku kapłana spłynęła łza. Żal mu było rozstawać się z grupą sympatycznych, wesołych chłopaków.

Następnego dnia ksiądz Figlewicz był już w Krakowie.

Tekst przemówienia napisany przez Karola spodobał się redaktorowi pisma „Niedzielny Dzwon” i postanowił go opublikować. To był debiut prasowy Karola Wojtyły.


O tym, jak Karol był podwójnym aktorem


Karol z chłopca wyrósł na młodzieńca. Ukończył gimnazjum i został uczniem pierwszej klasy liceum. Na każde zajęcia był bardzo dobrze przygotowany. Podczas kartkówek i sprawdzianów nigdy nie ściągał. Nauczyciele uważali go za ucznia bardzo zdolnego, a w dodatku pracowitego jak mrówka i pszczółka razem wzięte. Zaś koledzy opowiadali, że Karol zawsze miał przy sobie co najmniej jedną książkę. Kiedy znalazł choćby kilka minut wolnego czasu, siadał i czytał. Dlatego z dnia na dzień coraz więcej wiedział o przyrodzie, poetach, malarzach, muzykach, tajemnicach naszej planety i wielu innych ciekawych sprawach. Rówieśnicy bardzo lubili z nim rozmawiać, pytać go o różne rzeczy, a przede wszystkim słuchac, jak opowiadał.

Niewiarygodne: gdy inni ciągle narzekali, że mają zbyt mało czasu, on zawsze go znajdował. Może potrafił dobrze zaplanować każdy dzień? Czytał książki, chodził na piesze wycieczki, biegał gimnastykował się, grał w piłkę nożną, pływał w rzece, słuchał opowieści ojca o roślinach, zwierzętach, sławnych ludziach i ważnych wydarzeniach z historii Polski. Pomagał w domowych obowiązkach i bardzo często modlił się, gdziekolwiek był: w domu, w szkole, na łące, w lesie czy też w autobusie.

Jednak największą miłością Karola był teatr. Jego teatralna przygoda rozpoczęła się już w gimnazjum, kiedy poznał Mieczysława Kotlarczyka. Scena, kurtyna, widownia, aktorzy i reżyser – wszystko to stało się dla niego czymś magicznym, otulonym mgiełką tajemnicy.

Miał doskonałą pamięć, dlatego bardzo szybko uczył się wszystkich ról. Zapamiętywał nie tylko swoje kwestie, ale także role występujących z nim na scenie kolegów i koleżanek.

Pewnego dnia, kiedy widownia wypełniła się już po brzegi i czekała na rozpoczęcie przedstawienia pt. „Antygona” okazało się, że nie pojawił się jeden z aktorów – nagle zachorował. Dla wszystkich występujących w spektaklu osób i reżysera stało się jasne, że trzeba wyjść na scenę, przeprosić wszystkich przybyłych gości i odwołać przedstawienie. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Karol, który już od kilku minut śledził nerwową sytuację, powiedział stanowczym głosem:
- Ja go zastąpię.
I rzeczywiście tak się stało. Spektakl się odbył. Karol zagrał swoją rolę i rolę chorego kolegi. Przedstawienie zostało nagrodzone gromkimi brawami.

W maju, kiedy zaczęły kwitnąć kasztanowce, Karol celująco zdał maturę.

Podczas wakacji służył w paramilitarnym batalionie pracy. Wraz z innymi młodymi mężczyznami budował górską drogę prowadzącą z Zubrzycy na przełęcz Krowiarki.


O tym, jak Karol „pożerał” książki


Nadeszło ciepłe lato. Ojciec i syn wyjechali do Krakowa. Wynajęli tam mieszkanie w suterenie przy ulicy Tynieckiej 10 i wspólnie zastanawiali się, jakie studia powinien wybrać Karol. Ponieważ lubił teatr, dużo czytał i pisał, jego wybór padł w końcu na studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po uroczystym rozpoczęciu roku akademickiego studenci pierwszego roku dowiedzieli się, że będą mieli 10 godzin zajęć tygodniowo. Dla studenta Wojtyły było to stanowczo za mało. Zapisał się na dodatkowe wykłady dzięki czemu miał 36 godzin zajęć tygodniowo

Jego dzień wypełniały liczne obowiązki. Codziennie wstawał bardzo wcześnie rano i szedł do kościoła na Mszę świętą. Potem chodził na wykłady, spacerował po ulicach, siedział na ławce w parku, podziwiał Wawel, przyglądał się starym kamienicom, modlił się w kościołach, spotykał z ludźmi i rozmawiał z nimi o życiu, sztuce, literaturze, filmach, spektaklach teatralnych, pisarzach, malarzach, muzykach, Dużo też pisał.

Jednak najwięcej czasu poświęcał na czytanie książek. Czytał je przed i po śniadaniu, przed i po obiedzie, przed i po podwieczorku, przed i po kolacji. Nawet wtedy, kiedy wszyscy już spali, w jego pokoju paliła się lampka. Czytał wszędzie: w domu, na uczelni, na łące, w parku, nad rzeką, podczas pieszych wycieczek…

Niemieckie wojska. Kiedyś jedna z koleżanek Karola chciała mu oddać zeszyt, który pożyczyła od niego poprzedniego dnia. Niestety, nigdzie nie mogła znaleźć kolegi.
- Nie widzieliście Karola? – zapytała siedzącą na ławce grupę studentów.
- Pożeracz książek jest w bibliotece – odpowiedział jej wysoki student z czarną czupryną.

Podobno niegdyś starsza pani, która codziennie spacerowała po parki ze swoim jamnikiem Baltazarem, opowiadała, że widziała Karola, jak stał na ławce i wykrzykiwał: - Kocham książki i Kraków! Kocham książki i Kraków!


O tym, jak Karol zyskał nowego brata


Na uniwersytecie codziennie spotykało się wielu ludzi. Można było tam znaleźć profesora ze skórzaną teczką, Marysię z długimi warkoczami, Antka z rozwichrzoną czupryną, panią z ogromną encyklopedią, Julię z szyją owiniętą długim szalikiem, pana w kapeluszu, Stanisława w granatowych spodniach, panię w okularach i Juliusza Kydryńskiego.

To właśnie z nim zaprzyjaźnił się Karol.

Młodzi studenci, Karol i Juliusz, spędzali ze sobą dużo czasu. Chodzili razem do teatru, kina, na wystawy, słuchali muzyki, spotykali się z ciekawymi ludźmi, jeździli rowerami, wystawiali sztuki, uczestniczyli w wieczorach poetyckich, czytali książki i bardzo dużo dyskutowali na interesujące ich tematy.

Pewnego dnia Juliusz podbiegł do kolegi i powiedział: - Karolu, chciałbym cię zaprosić do domu pani Ireny Szkockiej. Będzie tam dzisiaj poeta, który opowie o swoich niesamowitych wierszach.
- Bardzo chętnie – odpowiedział Karol, po czym poszli razem na wykład z literatury. Wieczorem spotkali się przed domem pani Ireny Szkockiej. Weszli do środka.
- Cieszę się, że przyszliście – powiedziała gospodyni, kiedy ich zobaczyła. Poczęstowała Juliusza i Karola herbatą, a następnie przedstawiła ich pozostałym gościom. Rozmowy trwały do północy.

Minęło kilka dni. I znów Juliusz podbiegł do Karola.
- Karolu, chciałbym cię zaprosić do domu pani Kydryńskiej. Mojej mamy. Bę… - nie dokończył, bo Karol przerwał mu stanowczym głosem:
- Pozwól mi zgadnąć. Będzie tam muzyk, który zagra na pianinie, albo malarz, który namaluje obraz, albo aktor, który opowie o swojej roli. Będziemy mogli z nimi porozmawiać.
- Nie, nikogo takiego u nas nie będzie. Będą za to jajka sadzone, ziemniaki z cebulką i surówka z kwaszonej kapusty – powiedział szybko Juliusz, bojąc się, że Karol znów mu przerwie.

Po południu dwaj przyjaciele siedzieli przy stole w domu rodzinnym Juliusza, z apetytem jedli obiad i śmiali się ze słów Karola.

Po kilku miesiącach Karol z gościa stał się domownikiem. Dom państwa Kydryńskich byłjego drugim domem. Karol zaczął nazywać Juliusza bratem, panią Kydryńską – mamą, a panią Szkocką, z którą pił herbatkę z konfiturami i rozmawiał o sztuce, muzyce oraz literaturze – babcią.

Bardzo szybko minął pracowity i ciekawy pierwszy rok studiów. Karol świetnie zdał wszystkie egzaminy.

Wakacje spędził pod Lwowem na ćwiczeniach wojskowych Legionu Akademickiego.


O tym, jak Karol rozmawiał z dziewczynką


Pewnego dnia, kiedy jesień zaczęła malować zielone liście na żółto i pomarańczowo, Karol szedł do kościoła, aby tak, jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, wyspowiadać się u księdza Figlewicza, tego samego, z którym przyjaźnił się w Wadowicach. Szedł wolno, cichutko dziękując Panu Bogu za piękne jesienne drzewa i za mgiełkę otulającą kamienicę.
Nagle usłyszał dziwny hałas. Wydawało mu się, że pęka niebo. Spojrzał w górę, ale nie dostrzegł nic oprócz chmur.
- Co się dzieje? – zapytał sam siebie i rozejrzał się dookoła.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Po chwili na niebie pojawiły się niemiecki samoloty. Na Kraków spadły pierwsze bomby. Przerażeni mieszkańcy uciekali w popłochu. Chwali się w domach, zamykali drzwi i okiennice. Przestraszony Karol także zaczął biec. Kiedy zdyszany wpadł do katedry, zamiast tłumu co rano wypełniającego szczelnie wszystkie ławki dostrzegł tam zaledwie kilka osób: starszą panią w zielonym swetrze, dziewczynkę z sierocińca, wysokiego studenta, dwóch panów w kapeluszach i księdza. Pozostali uciekli. Karol został i służył do Mszy świętej. Podczas kazania kapłan powiedział, że rozpoczęła się druga wojna światowa. Opowiadał słuchającym o Polsce i modlił się za jej mieszkańców.

Po Mszy świętej mała dziewczynka podeszła do Karola. – Co to jest wojna? Dlaczego do nas przyszła? Kto ją wymyślił? – pytała go. – To chyba najtrudniejsze pytania, jakie kiedykolwiek mi zadano – pomyślał Karol.
- Wojna jest niewidzialna – odpowiedział po chwili.
- Chowa się za drzewami, pod kamieniami, wciska się w najmniejsze szczeliny w podłodze, śpi na łąkach, przesiaduje na krawężnikach. I nikomu w niczym nie przeszkadza. Niestety – nagle, nie wiadomo dlaczego, budzi się i zakrada do ludzkich serc. Ludzie przestają się kochać, nie chcą sobie pomagać, w ich sercach pojawiają się złość i nienawiść do innych, a z twarzy znikają uśmiechy. Wojna zaczyna tańczyć, cieszyć się i podskakiwać. Kłamie, szepcze ludziom do uszu wymyślone historie, namawia ich do robienia złych rzeczy. Bardzo często wielu z nich – zamiast przepędzić ją daleko – słucha jej i postępuje tak, jak ona chce. Niektórzy ludzie stają się źli, przestają szanować innych ludzi i zaczynają ich nienawidzić. Wtedy w miastach, miasteczkach i we wsiach pojawiają się wybuchy, huki, pożary. Ludzie są głodni, smutni, przestraszeni.
- Kiedy wojna od nas odejdzie? – zapytała zatroskana dziewczynka.
- Nie wiem – odpowiedział Karol – Ale mam nadzieję, że bardzo szybko.

Ludzie myśleli, że wojna skończy się za godzinę, może wieczorem, może następnego dnia, za tydzień, za miesiąc…Chcieli znowu uśmiechać się do siebie.

Minęło jednak pięć dni, a wojna nie odeszła. Do miasta wkroczyły niemieckie wojska, niszcząc je i aresztując jego mieszkańców. Wydano wiele zarządzeń, które utrudniały ludziom życie. Jedno z pierwszych brzmiało: „Wszyscy, którzy skończyli 18 lat, a nie mają jeszcze 61, muszą pracować. Jest to ich obowiązek.”.

Usłyszawszy to zarządzenie, Karol domyślił się, że nie będzie już mógł studiować i musi bardzo szybko znaleźć jakąś pracę.

Po kilku dniach poszukiwań został gońcem restauracji swojego wuja.


O tym, jak Karol rozmawiał z dziewczynką


Pod koniec zimy salezjanie zorganizowali rekolekcje wielkopostne dla młodych mężczyzn. Na pierwsze spotkanie przybyło kilkunastu młodzieńców, wśród których był Karol Wojtyła. Uczestnicy rekolekcji z ciekawością słuchali opowieści zakonników, rozmawiali i modlili się. Podczas ostatniego spotkania młody chłopak w kraciastej koszuli zaproponował: - A możę nasze ostatnie spotkanie zamienimy w pierwsze i nadal będziemy się spotykać?
- Dlaczego nie? – odpowiedział inny.
- Może w soboty? – zaproponował Karol.

Jak postanowili tak też zrobili. Od tej pory spotykali się co tydzień. Rozmawiali o Polsce, dyskutowali o literaturze, modlili się, śmiali.

Była sobota. Młodzi mężczyźni siedzieli w Sali i czytali Pismo Święte, gdy nagle rozległo się głośne pukanie. Po chwili drzwi otworzyły się. Oczom uczestników spotkania ukazał się jakiś pan w szarym garniturze. Rozejrzał się dookoła, popatrzył na wszystkich i rzekł: - Nazywam się Jan Tyranowski. Jestem krawcem. I choć urodziłem się 20 lat wcześniej niż wy, bardzo chciałbym się z wami spotykać, rozmawiać o Panu Bogu i ciekawych ludziach.
- Każdy jest u nas mile widziany. Zapraszamy – odpowiedział na to Mieczysław Maliński, przyjaciel Karola.

Już po kilku spotkaniach młodzi ludzie podzielili się na dwie grupy. Członkowie pierwszej z nich nie lubili krawca Jana. Denerwowało ich jego zachowanie, sposób ubierania się i niezbyt eleganckie wysławianie się.

Młodzieńcy z drugiej grupy bardzo lubili pana Jana. Chętnie słuchali, kiedy opowiadał o Panu Bogu. To on nauczył ich kontemplacji, dyskutowania, wyrażania własnych uczuć i pracy nad sobą. Mówili o nim, że jest człowiekiem głębokiej wiary, żyjącym zgodnie z przykazaniami Pana Boga. Podczas każdego spotkania powtarzał: - Najważniejsza w życiu jest miłość do innych ludzi. Każdy z nas –nieważne, czy duży, czy mały, bogaty czy biedny – powinien pomagać innym. I opowiadał młodym ludziom, w jaki sposób można pomagać.

Karol słuchał tego, co mówił krawiec, z wielką uwagą. Pomagał ludziom, tak jak tylko potrafił. Dzięki panu Janowi zagłębił się w pismach św. Teresy z Avila i św. Jana od Krzyża.

W wolnych chwilach pisał własne teksty i uczył się języka francuskiego. Podobno kiedy przechodziło się koło jego domu, można było usłyszeć:

bonjour! – dzień dobry!,
photographe – fotograf,
chenille – gąsienica,
âne – osioł,
thermos – termos.


O tym, jak Karol pracował w kamieniołomach


Karol musiał zmienić pracę. Został robotnikiem w kamieniołomach w Zakrzówku. Codziennie wstawał bardzo wcześnie, pomagał ojcu w domowych obowiązkach, a następnie zakładał koszulę, kapelusz, buty oraz połatane spodnie. Wyglądał w tym stroju wyjątkowo śmiesznie. Kiedy wychodził z domu, wypowiadał słowa, których nauczyła go mama, kiedy był jeszcze bardzo małym chłopcem: - Wychodź z domu, chociaż blisko, z Bogiem wychodź z progu, a gdy wrócisz do niego szczęśliwie, to podziękuj Bogu. Po drodze wstępował na Mszę świętą, podczas której modlił się o szczęśliwy dzień dla siebie i innych robotników.
Potem szedł do pracy. Była ona bardzo ciężka: Karol przez cały dzień rozbijał młotami kamiennie skały, wkładał je na taczki i wrzucał do wagonu. Codziennie musiał załadować kamieniami jeden wagon. Kiedy nadchodziło upragnione 15 minut przerwy, wchodził wraz z innymi robotnikami do baraku, w którym stał żelazny piecyk. Rozcierał zmęczone i zmarznięte ręce, zjadał kawał chleba z marmoladą i pił czarną kawę.

Mijały dni, a zima stała się jeszcze sroższa. Temperatura spadła do -40°C. Wszystkim marzły ręce i nosy. Karol schudł i zmizerniał. Nigdy jednak nie narzekał. Do domu wracał bardzo zmęczony. Pieniądze, które dostawał za pracę w kamieniołomach, nie wystarczały na jedzenie i węgiel potrzebny do ogrzania mieszkanka dwóch panów Wojtyłów. Do ich domu zakradła się bieda. Jednak mimo nastania tak ciężkich czasów, Karol i jego ojciec potrafili każdego dnia z czegoś się cieszyć choćby z niewiele znaczących rzeczy lub wydarzeń. Uśmiechali się, kiedy widzieli obrazy, które namalował mróz na oknach, tańczące śniegowe płatki, pierwsze krokusy, iskierki biegające po rozżarzonych węgielkach w piecu. Cieszyli się, gdy ktoś ich odwiedził. Ich radość budziły też wspomnienia śmiesznych przygód Karola z czasów, kiedy był jeszcze chłopcem.


O tym, jak zachorował ojciec Karola


Pewnego lutowego dnia pan Wojtyła zachorował. Lekarz zalecił mu leżenie w łóżku i odpoczynek. Karol przejął wszystkie domowe obowiązki i bardzo troskliwie opiekował się ojcem. Niestety, stan zdrowia chorego z dnia na dzień się pogarszał. Pan Wojtyła stawał się coraz słabszy. Minęło kilka dni. Po południu Karol poszedł do apteki, aby kupić ojcu lekarstwa. Wracając, wstąpił do domu państwa Kydryńskich, którzy przygotowali obiad dla chorego. Karol podziękował im i schował do torby słoik z zupą jarzynową i garnek z drugim daniem.
- Pójdę z tobą – powiedziała Marysia, córka państwa Kydryńskich, kiedy Karol zakładał płaszcz. – Pomogę ci podgrzać obiad. – Dobrze – odpowiedział Karol i już po chwili szli razem po śniegowym dywanie.
- Już jestem, tato! – krzyknął Karol, wchodząc do domu.
Ojciec jednak nie odpowiadał.
- Może śpi – szepnęła Marysia.
Zaniepokojony Karol podbiegł do łóżka ojca. Pan Wojtyła leżał bez ruchu. Jego twarz rozświetlał delikatny uśmiech. Starszy człowiek wyglądał tak, jakby chciał przemówić do swojego syna: - Nie martw się.
- Tato, tato! – wołał Karol. Ale pan Wojtyła nie odpowiadał.
- On nie żyje – powiedziała Marysia i rozpłakała się.
Karola ogarnęła rozpacz. Został sam.
Przez całą noc klęczał przy łóżku ojca i modlił się. Wiedział, że pan Wojtyła spotkał się już w niebie ze swoją żoną Emilią i synem Edmundem. Nie zmniejszało to jednak synowskiego smutku. Tu, na ziemi, Karol został przecież sam, bez matki, ojca i brata.


O tym, jak Karol podjął ważną decyzję


Nastało gorące lato. Karolowi udało się zmienić pracę na lżejszą. Nosił teraz wiadra z wapnem i worki z sodą w oczyszczalni wody w Borku Fałęckim. Każdego dnia klękał wśród rur i wiader – i modlił się. Niektórzy robotnicy śmiali się z niego, inni podziwiali go. Przez cały ten czas Karola huczało od tysięcy pytań. Kim chcę zostać? Co chcę robić? Czy powinienem być aktorem? A może reżyserem? Powoli dojrzewał do podjęcia decyzji.

Tymczasem wojna trwała nadal. Była okrutna. Karolowi często dokuczał strach, a z głodu burczało mu w brzuchu. Wciąż jednak pracował. W wolnych chwilach robił to, co bardzo lubił. Choć było to zabronione przez władze, spotykał się z kolegami i koleżankami w prywatnych mieszkaniach, gdzie zamieniał się w aktora. Przygotowywał przedstawienia, czytał wiersze i książki o filozofach, uczestniczył w koncertach. Po pewnym czasie członkowie jego grupy zaczęli wystawiać przedstawienia w teatrze Mieczysława Kotlarczyka. To tu spotkali reżysera Juliusza Osterwę, który namówił ich do wystawiania sztuk. Po kilkunastu próbach młodzi ludzie grali jak prawdziwi aktorzy.

Wieczorami Karol czytał książki, pisał dramaty religijne, studiował pisma filozofów i ciągle powtarzał francuskie słówka.

Pewnego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do kolejnego spektaklu, Karol podszedł do pana Mieczysława i powiedział: - Mam do ciebie prośbę.
- Słucham – odpowiedział Kotlarczyk.
- Nie obsadzaj mnie w żadnej roli. Nie będę już aktorem – oznajmij spokojnym głosem Karol.
- Jak to? Dlaczego? – pytał zaskoczony reżyser.
- Chcę zostać księdzem – odpowiedział Karol i uśmiechnął się.
- To niemożliwe! Niemożliwe! – wykrzykiwał Kotlarczyk
- A jednak będę księdzem! – powtórzył Karol.
Reżyser nie chciał uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. Zmartwiony usiał ka rześle. – Mój najlepszy aktor odchodzi! To jakiś zły sen! – mówił do siebie. Po kilkunastu minutach podszedł do Karola i z nadzieję a głosie zapytał: Może jeszcze zmienisz zdanie?
Karol jednak nie zamierzał zrezygnować ze swojego postanowienia. Nie podjął przecież tej decyzji pochopnie, dojrzewał do niej od bardzo dawna. – No cóż – westchnął reżyser. Ucisnął Karolowi rękę i szepnął: - Życzę ci szczęścia. Wiem, że będziesz wspaniałym księdzem, ale będzie mi ciebie bardzo brakowało. Ten teatr bez ciebie nie będzie już taki sam.
Wkrótce rozpoczęła się jesień. Zaczęły padać deszcze. Wychudzony Karol zastukał do drzwi pałacu biskupiego przy ulicy Franciszkańskiej. Przywitał się z arcybiskupem Sapiehą i powiedział:
- Chciałbym zostać księdzem
Usłyszawszy te słowa, arcybiskup najpierw zamyślił si, a potem przez kilkanaście minut chodził po pokoju z poważną miną i zmarszczonymi brwiami. Następnie spojrzał na Karola i nie ukrywając swojej radości, rzekł:
- Bardzo, bardzo się cieszę. Od dzisiaj jesteś studentem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gratuluję. Czeka cię jednak bardzo dużo nauki.
Po tych słowach na twarzy Karola pojawił się promienny uśmiech. Taki, który powoduje, że nawet w jesienne, deszczowe popołudnie zdaje się świecić słońce.

Po chwili pili herbatę i rozmawiali. Karol mówił arcybiskupowi o sobie, swojej rodzinie oraz teatrze i słuchał opowieści biskupa Sapiehy o uczelni, wykładach i profesorach.

Kiedy na dworze zrobiło się ciemno, Karol wrócił do domu. Ze szczęście, wydawało mu się, że nie idzie, tylko frunie.

Niestety, wciąż toczyła się wojna. Niemcy zabronili wykładowcom prowadzenia zajęć ze studentami. Za niewypełnienie tego zakazu zarówno nauczającym, jak i studentom groziło osadzenie w więzieniu. Dlatego Karol, podobnie jak inni studenci, nie mógł nosić sutanny, a z wykładowcami spotykał się indywidualnie w prywatnych mieszkaniach. Uczył się w domu, a potem – po uprzednim uzgodnieniu terminów – zdawał egzaminy u swoich nauczycieli.


O tym, jak kleryka Karola potrąciła ciężarówka


Nastała zima. Padał śnieg i wiał mroźny wiatr. Dachy i drzewa miały śniegowe czapy. Zmęczony Karol wracał z pracy do domu. Wtem na drodze pojawiła się ciężarówka. Potrąciła go i odjechała. Karol leżał na jezdni. Stracił przytomność. Na szczęście zdarzenie to widziała pani Józefa Florek, która jechała tramwajem. Szybko z niego wysiadła i podbiegła w stronę Karola. Choć była kobietą niewielkiego wzrostu, odsunęła rannego na pobocze, aby nie przejechały go nadjeżdżające samochody. Nie wiedziała, co robić. Rozglądała się dookoła i wołała: - Ratunku! Ratunku! Niech mi ktoś pomoże! Nikt jednaj nie słyszał jej wołania.
W końcu zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego niemiecki oficer. Podszedł do rannego i przekonawszy się, że żyje, kazał zawieźć do szpitala.
W szpitala lekarze troskliwe zaopiekowali się Karolem. Już następnego dnia pacjent poczuł się znacznie lepiej.
Po południu wziął papier i ołówkiem napisał pani Józefiny list z podziękowaniami za uratowanie życia. W szpitalu musiał pozostać kilkanaście dni. Wciąż czytał, pisał, rozmyślał i gorliwie się modlił. Podobno kiedyś powiedział, że pobyt w szpitalu był dodatkowymi rekolekcjami, które wymyślił dla niego Pan Bóg.


O tym, jak kleryk Karol zamieszkał w pałacu biskupim


A tymczasem nie było widać końca wojny. Ludzie byli coraz bardziej smutni, zmęczeni, często głodowali. Wojska okupantów niszczyły miasta i wioski. Wszędzie panowała bieda.

Pewnego dnia arcybiskup Sapieha wezwał do siebie kleryków i powiedział: - Od dzisiaj będziecie mieszkać w pałacu biskupim. Załóżcie sutanny. Wieczorem zamienili salon w sypialnię. Ustawili tam duży drewniany stół i metalowe łóżka, pod którymi leżały walizki z ich rzeczami. Każdego dnia klerycy słuchali wykładów, czytali pisma filozoficzne i teologiczne. Mogli wychodzić tylko na wewnętrzny dziedziniec pałacu. Rozmawiali tam, modlili się i spacerowali.

Karol był pilnym studentem. Sumiennie przygotowywał się do wszystkich zajęć. Wkrótce został asystentem wykładowy. Pisał utwory poetyckie, uczył się języka hiszpańskiego. Chciał bowiem przeczytać w oryginale pisma św. Jana od Krzyża. I tak pracowicie mijał mu dzień za dniem. Wreszcie wydarzyło się coś niezwykłego. Coś, na co czekano od bardzo dawna: skończyła się wojna!
Trudno opisać, co się wtedy działo. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ludzie ze smutnych przemienili się w radosnych. Tańczyli na ulicach, śpiewali. Od razu też zabrali się za porządkowanie miast, odbudowę domów, dróg, mostów. Klerycy porządkowali sale uniwersytetu i pomagali najbiedniejszym.
Pewnego popołudnia Karol wbiegł do jednej z sal, którą klerycy oczyszczali z gruzu i malowali jej ściany. – Musimy im pomóc! Musimy im pomóc – zawołał.
- Co się stało? Karolu, co się stało? Komu musimy pomóc? – przekrzykiwali się nawzajem młodzi mężczyźni.
- Dzieciom, biednym dzieciom! One są głodne, mają podarte ubrania i dziurawe buty! Tak być nie może!
- Karolu, uspokój się i opowiedz nam wszystko po kolei – powiedział jeden z kolegów.
- Wyobraźcie sobie – rozpoczął Karol – byłem przed chwilą w piekarni. Utworzyła się spora kolejka, więc długo czekałem, by dojść do lady. Każdy chciał zjeść kromkę chleba z chrupiącą skórką. Wreszcie nadeszła moja kolej. Kupiłem kilka bochenków i włożyłem je do dużej torby. I właśnie w tej chwili spostrzegłem chłopca oraz dwie dziewczynki. Cała trójka przykleiła nosy do szyby. Dzieci wpatrywały się w przyprószone mąką bochenki chleba. Kiedy wyszedłem ze sklepu zawołałem: - Macie ochotę na kawałek chleba? Dzieci nie odpowiedziały. Patrzyły na mnie z niedowierzaniem szeroko otwartymi oczami i oczekiwały powtórnego zaproszenia na chlebową ucztę.
- Macie ochotę na chrupiącą skórkę chleba? – zapytałem raz jeszcze.
- Tak! – wykrzyknęły i podbiegły do mnie.
I już po chwili ze smakiem pałaszowały kawałki chleba.
- Ale pysny! – powiedziała malutka dziewczynka.
- Niebo w gębie – wykrzyknął chłopiec.
- Bardzo dziękujemy – wtrąciła z powagą najstarsza dziewczynka – Ja mam na imię Marysia, to jest mój brat Józek, a to maleństwo to nasza siostrzyczka Krysia. Nasza mama jest bardzo chora. Od wczoraj niczego nie jedliśmy, ale teraz mamy pełne brzuszki – powiedziała i schowała połowę swojego kawałka chleba do kieszeni. – To dla mamusi – dodała.
Pożegnałem się z Marysią, Józkiem i Krysią. Idąc w kierunku seminarium, na każdej ulicy spotykałem głodne dzieci. Każdemu z nich dawałem mały kawałek chleba. Niestety, w mojej torbie zostały tylko okruszki. Nawet gdybym miał ciężarówkę wypełnioną chlebem, i tak nie nakarmiłbym wszystkich głodnych dzieci. Musimy im pomóc!
Klerycy usiedli i rozpoczęli naradę: zastanawiali się, w jaki sposób pomóc najbiedniejszym mieszkańcom miasta. Następnego dnia zorganizowali zbiórkę odzieży i żywności. I tak było już każdego dnia.
Po kilku tygodniach kleryk Karol został wiceprezesem studenckiego stowarzyszenia „Bratniak”, pomagającego najbiedniejszym.

Na początku zimy Karol dostał od pewnej starszej pani nowe buty. Ucieszył się bardzo, stare bowiem miały już kilka dziur. Następnego dnia kolega, który zobaczył Karola siedzącego w koszuli i łatającego obuwie, zapytał: Gdzie jest twój sweter? I gdzie się podziały twoje nowe buty?
- Wiesz, spotkałem dzisiaj kogoś biedniejszego ode mnie – odpowiedział Karol, uśmiechnął się i nakleił kolejną łatkę.


O tym, jak kleryk Karol został księdzem


Koniec studiów zbliżał się wielkimi krokami. W sierpniu Karol zdał ostatni egzamin – 26. W semestrze. To niewiarygodne, ale dostał 19 ocen celujących, 6 bardzo dobrych i tylko jedną czwórkę – z psychologii.
W nocy przed święceniami kapłańskimi nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, modlił się i nie mógł doczekać wschodu słońca. Kiedy wreszcie pierwsze słoneczne promienie połaskotały go w nos, ubrał się i poszedł do kościoła na modlitwę. Po kilku godzinach arcybiskup udzielił mu święceń kapłańskich w prywatnej kaplicy pałacowej. Tak kleryk Karol został księdzem. Spełniło się jedno z jego największych marzeń.
Wieczorem siedział na łóżku w swoim pokoju i powtarzał: - Jestem księdzem. Jestem księdzem. Jestem bardzo szczęśliwy. Następnego dnia odprawił trzy Msze święte w krypcie św. Leonarda znajdującej się w katedrze wawelskiej: pierwszą za duszę matki, ojca i brata, drugą za wszystkich zmarłych, a trzecią w intencji wyznaczonej przez papieża.

Nazajutrz pojechał do Wadowic – miasteczka, w którym urodził się i spędził dzieciństwo. Od dawna tęsknił za rodzinnymi stronami, ulicami, domami, przyjaciółmi, kościółkiem, a nawet deszczowymi kałużami na podwórku i dziurą w płocie sąsiadki. Kiedy dotarł na miejsce, bardzo się wzruszył.
Tego dnia odprawił Mszę świętą w kościele, w którym po raz pierwszy przyjął do serca Pana Jezusa. W nabożeństwie uczestniczyli mieszkańcy Wadowic i przyjaciele księdza Karola z teatru. Dostał od nich prezent – piękną, nową sutannę. Kiedy ją zobaczył, z radości podskoczył tak wysoko, jak tylko człowiek podskoczyć potrafi.
Po Mszy świętej, zgodnie z polską tradycją, ksiądz Karol zamierzał zaprosić bliskich do rodzinnego domu. Niestety, w budynku przy ulicy Rynkowej mieszkali obcy ludzie. Karol nie mógł też przygotować skromnego posiłku u swojej matki chrzestnej, bo jej mieszkanie było malutkie. Na szczęście uroczyste śniadanie pomogli mu przygotować państwo Szkoccy.

Kilka dni później, w krakowskim kościele św. Anny, ks. Karol ochrzcił małą dziewczynkę, Monikę Kwiatkowską.

Dwa tygodnie później arcybiskup wysłał do na studia doktoranckie do Rzymu. Podjął studia na Papieskim Uniwersytecie Dominikańskim – Angelicum, który słynął z bardzo wysokiego poziomu.


O tym, jak ojciec Pio przepowiedział Karolowi przyszłość


Była późna jesień. W powietrzu czuć było zbliżającą się wielkimi krokami zimę. Karol włożył do walizki niezbędne rzeczy osobiste oraz książki. Udał się na dworzec, z którego wraz z młodszym o dwa lata klerykiem Stanisławem Starowieyskim, wyruszyli najpierw do Paryża, a potem do Rzymu.

To był pierwszy zagraniczny wyjazd Karola Wojtyły. Rzym, nazywany „Wiecznym Miastem” zrobił na nim i jego towarzyszu ogromne wrażenie.

Ksiądz Karol zamieszkał w Kolegium Belgijskim przy ulicy del Quirinale 26, w którym mieszkali Amerykanie i Belgowie. W ciągu dnia uczestniczył w wykładach i ćwiczeniach. Popołudnia spędzał w bibliotekach, a wieczorami rozmawiał z współmieszkańcami, co pozwoliło mu doskonalić język angielski, flamandzki i waloński. Był bardzo dobrym studentem, wszyscy wykładowcy chwalili go za talent i pracowitość. Mimo takiemu poświęceniu się nauce, zawsze znajdował czas, aby biegać i grać w siatkówkę. W wolnych chwilach jeździł na wycieczki do Asyżu, Florencji, Sieny, Wenecji…

Wiosną 1947 roku ksiądz Karol pojechał z przyjacielem do San Giovanni Rotondo, gdzie mieszkał słynny kapucyn ojciec Pio. Tam uczestniczył w odprawianej przez niego Mszy świętej, po której poszedł do spowiedzi do słynnego Kapucyna. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Ojciec Pio długo rozmawiał z ks. Karolem, po czym uklęknął przed nim i powiedział: - zostaniesz papieżem.

Przez cały dwuletni pobyt we Włoszech ksiądz Karol pracował nad swoja pracą doktorską, która liczyła 280 stron napisanych po łacinie. Poświęcona była św. Janowi od Krzyża. Obronił ją z wyróżnieniem, otrzymując najlepsze noty. Niestety, nie przyznano mu wtedy tytułu doktora, ponieważ warunkiem jego otrzymania było opublikowanie pracy, a ksiądz Karol nie miał na to pieniędzy.

Coraz bardziej tęsknił za Polską.
Jesienią wrócił do kraju.


O tym, jak ksiądz Karol został wikarym


Był ciepły lipcowy dzień. Ksiądz Karol wybrał się w odwiedziny do Krakowa do arcybiskupa Sapiehy. Arcybiskupa akurat tam nie było, bo odbywał podróż do Rzymu. Pozostawił jednak dla młodego księdza wskazówki związane z jego nową pracą.
Ksiądz Karol bardzo się ucieszył, gdy zobaczył jakie czekają go zadania. Miał być wikarym w parafii w Niegowici – pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa. Znajdował się tam kościółek i mała plebania. Mieszkał w niej wyjątkowy, dobry ceniony przez parafian proboszcz, Kazimierz Buzała. Niestety, choć pracował od świtu do zmroku, nie nadążał z wykonywaniem wszystkich obowiązków. Jego wiejska parafia w Niegowici obejmowała aż 13 wiosek rozrzuconych po obu brzegach Raby. Stały tam gliniane chaty, w których nie było prądu i kanalizacji. Mieszkali tam dobrzy, ale biednie ludzie. Trzeba im było dużo pomagać. Dlatego ksiądz Arcybiskup postanowił wysłać tam właśnie księdza Karola.
Po kilku dniach 29-letni ks. Wojtyła, w zniszczonej sutannie, w rozdeptanych butach, z walizką wypełnioną książkami wyruszył do Niegowici. Podróż okazała się trudniejsza niż ta do Rzymu. Najpierw jechał autobusem, później wozem drabiniastym, a na końcu wędrował pieszo.
Kiedy dotarł na miejsce, zobaczył drewniany kościół, dookoła którego rosły brzozy. Otworzył skrzypiące drzwi, wszedł do środka i zaczął się modlić przed Najświętszym Sakramentem. Po chwili ktoś poklepał go po ramieniu. Gdy się odwrócił, dostrzegł uśmiechniętego proboszcza, który bardzo wolno powiedział: - Witam w naszej ukochanej wiosce i zapraszam na obiad.
- Szczęść Boże, księże proboszczu. Z największą przyjemnością przyjmuję zaproszenie na obiad. Jestem bardzo głodny – odpowiedział ks. Karol.
Po obiedzie proboszcz pokazał wikaremu nowe, skromne mieszkanko, zwane wikarówką. Kiedy już rozpakował swoje rzeczy i trochę odpoczął, poprosił proboszcza, aby ten opowiedział mu o radościach i troskach parafian. Przez całe popołudnie i wieczór ksiądz Karol słuchał historii o dorosłych i dzieciach.

Parafianie bardzo szybko polubili księdza Karola, który każdego dnia powtarzał im:
- Nie marnujcie ani jednej minuty z dnia danego wam przez Pana Boga.
Sam ksiądz Karol nie marnował nawet sekundy. Każdy jego dzień wypełniony był obowiązkami. Młody wikary odprawiał Msze święte, udzielał chrztów, modlił się, rozmyślał, odwiedzał chorych, uczestniczył w pracach polowych, pomagał starszym, odrabiał z dziećmi lekcje, grał z nimi w piłkę nożną oraz siatkówkę, spotykał się z młodzieżą, opowiadał ludziom o teatrze, książkach, ciekawych ludziach, organizował wycieczki, czytał i pisał. I codziennie odwiedzał przynajmniej kilku swoich parafian – nawet wtedy, kiedy padał deszcz, spadł śnieg, wiał zimny wiatr, mróz szczypał w nos lub mocno przygrzewało słońce. Wieczorami siadał przy stole, rozkładał książki i uzupełniał swoją pracę doktorską.

Kiedy była już gotowa, ksiądz Wojtyła wziął kartkę papieru, kopertę i pióro. Napisał list do arcybiskupa Krakowa z prośbą o egzamin doktorski na podstawie uzupełnionej pracy doktorskiej. Po kilku dniach otrzymał pozytywną odpowiedź. Wkrótce obronił pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim, otrzymując tytuł doktora.
Ksiądz Karol nie zapomniał też o swoich przyjaciołach w Krakowie. Odwiedzał ich co kilka tygodni. Wsiadał na rower i po trzech godzinach był w swoim ukochanym mieście.
Tak minęło 13 miesięcy.


O tym, jak ksiądz Karol stał na zielonej ławce


Wiosną, kiedy cała przyroda budziła się do życia, ksiądz Karol został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Zamieszkał przy ulicy Kanonicznej 19, która prowadziła na Wawel. Wielu ludzi opowiadało, że księdza Karola można było poznać z daleka. Po czym? Po trochę za krótkiej sutannie, spod której wystawały szare spodnie, i po berecie. Zawsze był pogodny, radosny i życzliwy. Nawet wtedy, kiedy czuł się zmęczony, z jego twarzy nie znikał uśmiech.

Pewna studentka, która przyjechała w odwiedziny do koleżanki mieszkającej w Krakowie, mówiła, że ktoś jej opowiadał o jakimś księdzu Karolu Wojtyle.
W końcu postanowiła dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Stanęła na zielonej ławce w parku obok uczelni i zawołała: - Kto to jest ksiądz Karol? Co on takiego robi?
- To wspaniały człowiek – odpowiedział jej wysoki chłopak.
- Latem organizuje piesze wycieczki, wędrówki po górach, spływy kajakowe i wyprawy rowerowe – dodał student w szarych spodniach.
- Zimą także chodzi z nami po górach, organizuje wyprawy narciarskie i zawody saneczkowe – zawołał przejeżdżający obok rowerzysta.
- Prowadzi wykłady, wielogodzinne dyskusje, rekolekcje – rzekł profesor w czarnym kapeluszu.
- Chodzi z nami do kina, teatru i filharmonii –powiedziała dziewczyna z krótką grzywką.
- Potrafi pięknie mówić, ale i słuchać tego, o czym my mówimy – zawołała dziewczynka.
- Często powtarza, że najważniejsza jest miłość – dodała pani w zielonej sukni.
- Założył mieszany chór gregoriański – stwierdził pan z futerałem.
- Organizuje koncerty kolęd – szepnęła starsza pani.
- Czyta książki i bardzo dużo pisze – powiedział pan z parasolem.
- Codziennie powtarza angielskie słówka – dorzucił chłopak w koszuli w kratkę.
- Jest świetnym sportowcem – krzyknął przebiegający dryblas.
- Kocha przyrodę – powiedział ogrodnik.
- Troszczy się o innych – dodała kwiaciarka.

- I to wszystko robi jeden człowiek!? – westchnęła z niedowierzaniem dziewczyna na ławce. – Musi być wyjątkowy.

Nagle usłyszała jeszcze jedną odpowiedź:
- To ja, ksiądz Karol Wojtyła. Czy mógłbym też stanąć na tej ławce?
- Bardzo proszę! – odpowiedziała dziewczyna i dodała: - Mam na imię Cecylia.
- Kiedy stoi się na ławce, można zobaczyć o wiele więcej niż wtedy, gdy stanie się na chodniku – stwierdził ksiądz Wojtyła i pokazał Cecylii wiewiórkę, która przeskakiwała z gałęzi na gałąź.


O tym, jak ksiądz Karol został wujkiem


Sytuacja w Polsce bardzo się skomplikowała. Księżom zabroniono spotykania się z młodzieżą poza kościołem.
- To niemożliwe! Niemożliwe! – wykrzykiwał ksiądz Karol. – Muszę coś wymyślić!
I rzeczywiście, wymyślił. Bardzo szybko znalazł wyjście z tej trudnej sytuacji.

Kiedy wyruszał z młodzieżą na wycieczkę, sutannę wkładał do szafy, a zakładał spodnie i koszulę w kratkę. Potem zabierał plecak, wkładał do niego naczynia liturgiczne i brewiarz, z którym się nigdy nie rozstawał. Każdego ranka podczas wędrówek odprawiał Mszę świętą. Zamieniał wtedy w ołtarz śniegową zaspę, stóg siana, duży kamień, pień drzewa, drewnianą ławkę.

Pojawił się jednak jeszcze jeden problem. Młodzi ludzie nie mogli zwracać się do niego „Księże Karolu”. Trzeba było wymyślić coś innego.
Nikt już nie pamięta, kto to wymyślił, ale pomysł okazał się doskonały.
Ksiądz Wojtyła został… wujkiem.

Ksiądz Karol wykładał w seminariach duchownych w Krakowie, Częstochowie i Katowicach, był kierownikiem Katedry Etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Studenci uwielbiali jego wykłady. Zawsze pojawiali się na nich gromadnie. Choć odbywały się one w największej Sali, wielu słuchaczy musiało siedzieć na podłodze. Kiedyś sala była tak wypełniona młodymi ludźmi, że nie mogła się tam wcisnąć nawet najniższa, najchudsza osoba, Wtedy to wysoka, czarnowłosa dziewczyna powiedziała: - Szkoda, że te ściany nie są z gumy.

Ksiądz Karol codziennie wiele godzin spędzał w swoim pokoju lub w bibliotekach. Czytał książki i pisał. Po dwóch latach, jesienią, zapisał ostatnia kartkę pracy habilitacyjnej. A kiedy na świat spadły pierwsze płatki śniegu, obronił ją na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Został profesorem.


O tym, jak ksiądz Karol został biskupem


Było lato. Ksiądz Karol pojechał z młodzieżą na Mazury. Pewnego dnia, kiedy pływał swoim ulubionym kajakiem, nazywanym przez niego „kaloszem”, nagle zauważył jadącego wzdłuż rzeki na rowerze listonosza, który trzymał coś w ręku i wykrzykiwał: - Mam telegram! Mam telegram! Proszę podpłynąć do brzegu! Ksiądz odwrócił się, zawołał do płynących tuż za nim towarzyszy: - Do brzegu! – i szybko podpłynął do listonosza. Pokwitował odbiór telegramu, odczytał go i zamilkł.
- Co się stało? – zapytali chórem kajakarze.
Ksiądz Wojtyła jednak nie odpowiadał.
Czy wydarzyło się coś złego? – pytali dalej z niepokojem.
- Otrzymałem nominację na biskupa – powiedział spokojnym głosem ksiądz Karol.
- To wspaniale! – wykrzyknęli wszyscy.
Co się wtedy działo, trudno opisać. Najpierw były oklaski, potem gratulacje i wspólna modlitwa. Później młodzież zaniosła księdza Karola do autobusu, który zawiózł go do Warszawy. Po przyjeździe ksiądz przebrał się i poszedł do księdza prymasa.

We wrześniu w katedrze wawelskiej odbyła się jego konsekracja. Przybyły na nią tłumy. 38 – letni ksiądz Karol został biskupem i jednocześnie najmłodszym członkiem Polskiego Episkopatu.

Po raz pierwszy w życiu, dopiero jako biskup, zamieszkał we własnym mieszkaniu – przy ulicy Kanonicznej 21.

Ksiądz biskup Wojtyła pracował coraz więcej. Wizytował parafie, święcił kościoły i kaplice, odwiedzał domy zakonne, udzielał święceń kapłańskich, bierzmował. Nadal pracował też naukowo, pisał wiersze, spotykał się z malarzami, fizykami, lekarzami, młodzieżą, prowadził konferencje, wygłaszał kazania, rozmawiał i słuchał. Choć pracował bardzo ciężko, nigdy nie narzekał. Każą minutę chciał wykorzystać jak najlepiej.

Niestety, nadmiar obowiązków spowodował u Księdza Biskupa kłopoty ze zdrowiem. Pewnego dnia za namową przyjaciół poszedł do lekarza. Ten – po przeprowadzeniu w szpitalu kilku podstawowych badań – orzekł, że podejrzewa u biskupa białaczkę. Od razu wykonano szczegółowe badania. Na szczęście alarm okazał się fałszywy.
- Biskupie Karolu, nie można tak ciężko pracować! Każdego dnia trzeba znaleźć choć trochę czasu na odpoczynek – powiedział lekarz.